X-men Apocalypse

 

W ostatnich miesiącach żaden film (nawet Przebudzenie Mocy!) nie wzbudził we mnie tak silnych, mieszanych uczuć!

źródło

Skąd te emocje?

Przede wszystkim miscast Sophie Turner w roli młodej Jean Grey. Oczywiście, w 10 lat po wydarzeniach Przeszłości, która nadejdzie wszyscy (oczywiście poza Loganem) są młodzi i niedoświadczeni, więc i Feniks się (jeszcze) nie obudził, ale Sansa Stark nie jest przekonująca jako jeden z najpotężniejszych Xmenów, nawet młodziutki. 

 

Ze względu na zawirowania czasowo-fabularne już nie tylko Mystique jest młoda, również Cyclop i Nightcrawler mają innych odtwórców. W roli Kurta Wagnera wolałam Alana Cumminga, ale Kodi Smit-McPhee też najgorszy nie jest, zwłaszcza, że udaje mu się wydobyć charakter comic relief. 

 

Wszystkie te zastrzeżenia to drobnostki blednące w obliczu dramatu, jakim jest scena Henryka z Pruszkowa. 

Michael Fassbender jest świetnym aktorem, Hollywood udowodniło już dawno, że amerykańscy aktorzy są w stanie odegrać sceny w języku polskim, nie wywołując dreszczy zażenowania u widzów (vide choćby Wybór Zofii z Meryl Streep), tym razem jednak niestety podczas dramatycznych scen z rodziną Magneto publiczność ryczała, bynajmniej nie z żalu nad tragicznym losem postaci. 

Nadal mnie wzdryga jak myślę o Henryku.

 

Co w takim razie ratuje ten film? Poza Charlesem Xavierem, zakochanym (bez pamięci 😉 ) i nieporadnym w kontaktach z Moirą jest kilka innych jasnych akcentów. 

Ścieżka dźwiękowa jest niezła, uzupełnienie sceny powstania Jeźdźców Apokalipsy Four Horsemen Metalliki to miły akcent.

Najlepszą sceną i głównym powodem, dla którego będę chciała jeszcze ten film obejrzeć nie jest wyjątkowo epizod z Wolverinem (lepszy był ten z X Men: Pierwsza klasa), ale scena przybycia Quicksilvera do szkoły, z Sweet Dreams Eurythmics w tle. Poza czekaniem na ostatni film o Wolverinie i spinoffa z Gambitem, będę żyć nadzieją na więcej Quicksilvera!

jovi