Leszek w ramonesce, czyli Woodstock oczami neofitki

Ciut spóźniona relacja. Jak po wielkiej bitwie musiał opaść kurz 😉

Nadszedł w końcu ten dzień i w tym roku pojechałam po raz pierwszy na Woodstock.

 Tczew zakrzywia czasoprzestrzeń!

Sama podróż już była radosna – w wyniku różnych perturbacji nie jechałam autem ani bezpośrednim Intercity, znalazłam sobie połączenie pociągami regionalnymi. Czterema. Dużo radości w cenie jednego biletu, tym bardziej, że dwa ostatnie ciapągi były piętrowe, więc radość jak do Kościerzyny 😀



Z tego co pamiętam, w zeszłym roku sporo radości w internetach sprawiły blogereczki, zastanawiające się, jakie ałtfity zabrać na Woodstock 😉 Ja jestem jednak dosyć tradycjonalna i wzięłam zestaw klasyczny – przede wszystkim arafatkę, trampki i ramoneskę ^^ na miejscu w alejce handlowej upolowano mi jeszcze kolczasty pierścionek, nausznicę-smoka i ludową krajkę w kwiaty.

(co ciekawe – handlowcy nie mieli w ofercie koszulek. Mogli handlować całą konfekcją z wyłączeniem tshirtów, na które ma monopol organizator festiwalu…)



Upgrejdowałam trampki do kocich mord 😀 a nasz namiot do Walking (Sleeping) Dead:

Sąsiedztwo też było porządne – o 5 rano zasypiałam przy okrzykach “I live! I die! I live again!” i “What a day! What a lovely day!”, dobiegających z kolejnych namiotów 🙂


A co poza biwakiem?

Dużo się dzieje, nie trzeba “tylko” chodzić na koncerty 😉 Tak naprawdę to ten sam problem, co na konwentach – nie da się zrobić/zobaczyć wszystkiego. Na dobrą sprawę mogłabym spędzić cały Woodstock w okolicy Akademii Sztuk Przepięknych i miasteczka pozarządówek. Byliśmy na spotkaniu z p. Aleksandrem Doba – facet jest przekozak, aż mam chęć się wybrać znowu na kajaki (podczas wypraw np. rozmawia z rybami, coby nieużywany narząd nie zanikł).

Sporo ciekawych postaci się w tle festiwalu przewijało – Fred Flintstone, druidzi, postaci z Gwiezdnych Wojen, Człowiek Banan, Pikachu 🙂

Spędziliśmy trochę czasu na zwiedzaniu, podpisywaniu petycji (Amnesty, Otwarte Klatki), podpatrywaniu warsztatów tańca intuicyjnego, zaleganiu na trawie, szaleństwie konkursów ( w konkursie BlaBla na zakładanie peleryny nie powiodło nam się, ale w dogrywce – na najlepsze alternatywne zastosowanie dla folii – wygrałam ładowarkę do samochodu i frisbee, animatorce spodobał się pomysł zrobienia z pelerynki poduchy 😀 ), ściance wspinaczkowej, jedzeniu od Kryszny i innych cudach. Przy ASP był też Himalayan Camp, gdzie w zawodach “wysokogórskich” przewracaliśmy dywan, stojąc na nim i przemieszczaliśmy się na skrzynkach po piwie 🙂

*( z kwestii przyziemnych – oczywiście czas spędza się też w kolejkach po ciepłą szamę, do prysznica, do toików, do ładowarek, po piwo, szukając się nawzajem w tłumie itp, ale to didaskalia)

Z koncertów – Dream Theater, Within Temptation, Congo Natty, Shaggy 😀 i Flogging Molly! Niestety nie dotarłam na Black Label Society a Oberschlesien nie doszło do skutku. Niektóre koncerty umiarkowanie nagłośnione, w piątkowy wieczór na małej scenie duuuże opóźnienia.

Dorwaliśmy się też do fotomatu BlaBlaCar:

Z Kiwdziem – Rock’n’Karolem 🙂

W sobotę w końcu zrobiło się upalnie; z pomocą przybył Leszek rozdając wiaderka lodu ^^ 

 Szama od Kryszny – food for peace. 

 Dzięki wizytacji w pawilonie Muzeum Historii Żydów Polskich mam swoje imię po hebrajsku.
W ogóle obsada Muzeum mega ogarnięta, fajni pasjonaci – tego brakowało u niektórych pozarządówek. 


Trochu widoczków:


 Zwierzęce łapki mieli w namiocie Polskich Parków Narodowych 🙂 chciałam oznakować rysiem plecak, ale tusz nie podołał ;(

Przy okazji podziwiam Owsiaka i Pokojowy Patrol za całokształt. Niestety część ludzi jest za głupia na takie imprezy – Nagroda Darwina się kłania, jak ktoś się nawali i śpi na trawniku przy temperaturze w nocy 10’C albo pije płyn do czyszczenia felg, to nie ma co później podnosić lamentu, że impreza jest niebezpieczna. Niektórzy stanowią zagrożenie nie tylko dla siebie – jak idioci puszczający lampiony pod drzewami -.-‘  Nie jestem też fanką wożenia niemowlaków i zwierząt na festiwale, dobrze chociaż, że większość pełzaków (ludzkich) miała założone słuchawki wygłuszające. Ale tak jest już z festiwalem, na który może pojechać każdy – w powodzi pozytywnych ludzie zawsze się trafi jakiś drobny zgrzyt 😛

A kurz też jest, ale do przeżycia 😉

Impreza jednakowoż jest turbo, za rok tam muszę wrócić 😀 za krótko byłam, za mało widziałam, za szybko minęło 🙂

Kostrzyn sam w sobie też jest miły 😉

P.S. Zaraz będzie ciemno!

pierwszy raz na woodstocku przystanek woodstock 2015

Dama Pik