Syndrom akweduktu

Jest taki problem pierwszego świata, jak syndrom paryski. Rozczarowanie miastem miłości i bagietek na tyle silne, że powoduje objawy psychosomatyczne, takie jak duszności, zawroty głowy, halucynacje i urojenia. Co ciekawe, zapadają na niego przede wszystkim Japończycy, dla których Paryż to miasto z idealnej pocztówki. Wymarzona wycieczka kończy się zawiedzionymi oczekiwaniami, a nierzadko hospitalizacją. 

 

Miniony weekend obfitował w emocje – na szczęście obyło się bez halucynacji i innych dygotów – mam jednak swoisty syndrom, nazwijmy go czarnowodnym. 

 

Przy okazji wypadu na Wdzydze kupiłam mapę z zaznaczonymi atrakcjami turystycznymi, a coby nie szwendać się tylko po bunkrach i zamkach, ruszyliśmy w poszukiwaniu akweduktu na Czarnej Wodzie. Według mapy w rejonie są trzy takie obiekty, z czego jeden – w Fojutowie – całkiem zacny, do niego jednak tym razem nie dotarliśmy.

 

Poszukiwania na trasie ze Studzienic do Odr zajęły ok. godziny, jazda po leśnych drogach jest oczywiście radością sama w sobie, ale wraz z pokonywanymi kilometrami rosły oczekiwania. I wtem! W środku lasu oczom naszym ukazał się taki widok:

 

akwedukt

 

Coś wspaniałego. Przebłysk geniuszu pruskich inżynierów i sztuk osiągnięć hydrotechniki XX wieku. Tu natomiast możecie zobaczyć kilka innych obliczy tego wybitnego dzieła inżynierii lądowej. Tak czy siusiak, best day ever 😀

jovi