Młodym wilkiem będąc, czyli – jak nie zaczynać współpracy z blogerem, poradnik dla początkujących

Jak nie zaczynać współpracy z blogerem

wolf-1745336_960_720
Wypatrz swoją ofiarę. Zaczep blogera tajemniczymi słowami roztaczającymi sielankowe widoki – „Napisz priv ( mam propozycję korzystnej współpracy)”.
[Na ogół, jak się ma do kogoś sprawę (nawet do blogera), to jakoś tak milej, jak się człowiek sam z tym biznesem pofatyguje]
 
Na pierwsze pytanie – „Cóż to za propozycja?” odpowiedz mgliście.
Na pytanie blogera – „A dlaczego właśnie ja?” odpowiedz równie konkretnie: „A czemu nie”.
 
Roztaczaj bajeczne wizje wzajemnej promocji i sielankowej współpracy, w ramach której bloger, oczywiście dzięki tworzeniu promocyjnych treści, zyska fejmy, złote ostrogi i wieczną chwałę w Valhalli. „Zleceniodawca” jest także pewien, że jego działalność (coś ok 70 fanów na fanpejdżu) z pewnością wygeneruje blogerowi więcej wejść. Oczywiście, jakieś dary losu też są przewidziane, ale z grubsza współpraca ma się opierać na prostej wymianie – fejmy za fejmy, no bo nawet oficjalny patronat mogę dostać od promowanego przedsięwzięcia.
 
Tematyka współpracy tak trochę po drodze blogerowi, trochę bardziej jednak byłaby po drodze z inną tegoż działalnością – na propozycję wykorzystania innego kanału fukaj na blogera, że to on ma się czuć wyróżniony tą propozycją i niech nie wymyśla. A najlepiej niech od razu się deklaruje, teraz, już!
 
Na inne pytania blogera także nie udzielaj konkretnych odpowiedzi.
 
Na wstępną („możemy spróbować zobaczyć, co z tego może wyjść”) deklarację chęci współpracy przedstaw swoje oczekiwania – „napisz to, napisz tamto, za kilka dni napisz jeszcze co innego”.
 
[Pracowałam kiedyś w knajpie, w której szefo, ilekroć komuś za bardzo (z gości oczywiście) się spieszyło, reagował niezmiennym – to nie piekarnia, tu trzeba chwilę zaczekać.]
 
I gdy bloger zareaguje w powyższym tonie („panie, chwilunia, ja tu mimo wszystko nerki nie oddaję ani nie robię tego za gazyliony monet. Chcę to przemyśleć, zastanowić się nad tak lukratywną „propozycją” i dam znać za kilka dni”) – oburz się. No bo jak to tak, pan zleceniodawiec potrzebuje na-ten-tychmiast, migusiem, „on potrzebuje szybko”, dla niego to żadna korzyść, że bloger chce sprawę przemyśleć.
 
Tak właśnie, drogie robaczki świętojańskie, nie zaczyna się współpracy z blogerem. Więcej rad w tym odcinku nie będzie, bo jakoś już nie było o czym rozmawiać.
rysunek- Pixabay

jovi