Czy warto czytać złe ksiązki?

Czy warto czytać złe książki?

Czy może bezpieczniej uznać, że o gustach i kolorach się nie dyskutuje?
Otóż… dyskutuje się, jak najbardziej. Co prawda wiadomo, że racja jest jak dupa – każdy ma swoją, ale…
Przecież o ile mniej powodów do wywyższania się nad innymi mielibyśmy, gdyby miało być inaczej. A mi akurat nie wystarczy sama satysfakcja, że jestem tak bardzo lepsza od randomowych szpagaciar, bo noszę glany zamiast białych kozaczków i mam naturalne, ciut nieregularne (symetria jest estetyką głupców!) brwi, zamiast tych odrysowanych od szklanki. Muszę jeszcze osądzić inne gusta 😉
 
booook
Bo czym właściwie jest zła książka? Jak ją zdefiniować?
Dobra książka może zmienić czyjeś życie – subiektywne
Po skończeniu dobrej książki czujesz się, jakbyś stracił przyjaciela – subiektywne
 
Jest napisana dobrym stylem – jak to ocenić obiektywnie? Czy lepsza jest wartka akcja, dobrze zbudowane postaci z krwi i kości, dbałość o realia historyczne i merytoryczne, żywe dialogi, poprawny język? Każdy szuka w końcu czegoś innego. 
 
 
Nie oczekuję od każdej książki, że mnie „odmieni”. Mam różne potrzeby i różne dzieła je zaspokajają (czasem potrzebuję zwykłego kryminału zamiast etiopskich powieści eksperymentalnych), jednak najważniejsze kryterium – żeby mnie nie bolały w mózg… 
Unikam Paolo Coelho, E.L. James, Janusza Wiśniewskiego – nie oceniam ich a priori, z wszystkimi tymi wybitnymi twórcami miałam styczność i odmawiam dalszego kontaktu. Nie odważyłam się natomiast na literaturę pani Felicjańskiej. Przeczytałam natomiast Zmierzch, czasem czytuję Mastertona – kupiłam niedawno jakieś jego dziełko, nie pamiętam nawet tytułu, jednak podtytuł o Nuklearnej zemście podbił moje serce. Nie nazwę jednak ani jednego ani drugiego dobrą literaturą. 
Za jedyną korzyść płynącą z czytania niektórych „dzieł” jestem w stanie uznać wyłącznie fakt zapoznawania się z pisownią wyrazów. O ile oczywiście chociaż korekta danej książki była porządna. Najczęściej jednak jedyną nauką płynącą z czytania tych wytworów jest silne postanowienie nieczytania ich więcej. 
 
 
Tak całkiem serio uważam złe książki za odpowiednik fastfoodów. Niby ugasi apetyt, ale zbyt wartościowe nie jest. W zbilansowanej diecie sporadyczny wybryk w postaci czegoś takiego to jednak nie tragedia 😉 Są to często też guilty pleasures – coś tak złego, że aż cudownego. Nie warto jednak czytać byle czego, dla samego faktu czytania – mózg się nie zbuntuje tak, jak żołądek po przedawkowaniu zupek chińskich. 
Fakt, nie czytam wyłącznie Orwella, Szekspira czy Gombrowicza, w dużej mierze trzymam się głównie literatury popularnej. 
 Jednak o ile niektórym odbiorcom przeczytanie Iliady nie pomoże, o tyle innym czytanie Bridget Jones nie zaszkodzi. 

jovi

  • Zgadzamy się. Nigdy żadna książka nie zaszkodzi 😀 Nawet te "złe" 😀

    Pozdrawiamy gorąco i zapraszamy do nas 🙂
    rodzinne-czytanie.blogspot.com

  • aaaale właśnie niektóre złe szkodzą 😉 np. jedna z ww autorek wyświadczyła niedźwiedzią przysługę scenie BDSM poprzez wyjątkowo nieumiejętne jej przedstawienie i wypaczenie jej obrazu.
    plus samo jej czytanie jest obraźliwe dla rozumu, ergo szkodzi ;>