Polcon 2016 Wrocław

Spóźniona relacyja z tegorocznego Polconu.

Konwent trwał od czwartku,18 sierpnia do poniedziałku 22 sierpnia. Ogromny pozytyw imprezy organizowanej w wakacje – nie trzeba się wymeldowywać ze szkoły konwentowej w niedzielę w południe, tylko można spokojnie noclegować rzeczy i jeszcze zwiedzać punkty programu w poniedziałek. Ogromna wygoda, zwłaszcza, że szatnia podobno istniała, jednak nie było łatwo ją odnaleźć, a bieganie z bagażami po prelekcjach nie należy do najciekawszych rozrywek. 

Może to też eurokonferencyjny prestiż i splendor sprawiły, że nocleg w szkole konwentowej był odpłatny. Nieduże pieniądze, bo 25 zł/os. za całość, jednak pierwszy raz się spotkałam z taką praktyką. Dostępny był również nocleg na polu namiotowym (18 zł/os.) i akademiki (bodajże 45zł/os.). Spodziewałam się większego oblężenia szkoły, jednak było zaskakująco spokojnie. 

Sam konwent odbywał się w majestatycznej i monumentalnej Hali Stulecie i sąsiednim konferencyjnym, kilka przystanków od centrum Wrocławia.

Po przybyciu na miejsce okazało się, że tzw. *Kolejkon* musi zaistnieć, niezależnie od rejestracji internetowej i innych czynników, swoje trzeba odstać. Tym bardziej, że nie była możliwa płatność kartą, najbliższy bankomat przy wejściu do Zoo (czemu nie mógł na kilka dni stanąć mobilny ATM?), w dodatku akurat w kasach skończyły się drobne i próbowano podzielić tłumek na dwie grupy – płacącą od ręki odliczoną kwotę i nieszczęśników, muszących czekać na wydanie reszty, Grejt. 

Na pocieszenie, pod Halą przez weekend trwał zlot foodtrucków, nie było więc problemów z zaopatrzeniem w ciepłą paszę. Co prawda połowa z nich to standardowe hamburgery i frytki, ale parę ciekawszych się znalazło, m.in. hinduskie i meksykańskie jedzenie.

Standardowo, obiecywałam sobie mnóstwo prelekcji, w rzeczywistości udało się zrealizować około 1/3 założeń. M.in. panel o medycynie pola walki z Magdaleną Kozak i tradycyjnie o „Gwiazdach w czerni” ze Staszkiem Mąderkiem 😀

Ze względu na znaczne rozciągniecie imprezy w czasie (5 dni zamiast 3), program był trochę… rozwodniony. Niektóre bloki były niepełne, później się zaczynały, wcześniej kończyły. Cały program zresztą wcześnie się kończył, ok 21-22 było już po prelekcjach, co dla mnie, przyzwyczajonej do długo w noc idących zajęć na Coperniconie, było pewnym zaskoczeniem. Na szczęście wiązało się to wolnymi wieczorami na wypady na miasto – Spiż, Złoty Pies, Whiskey in the Jar, Pasibus itp.  

Największym pozytywem Polconu było jego umiejscowienie we Wrocławiu. Za rok widzimy się w Lublinie, za dwa lata – oh, happy day!- w Toruniu ^^

jovi